Ostatnio zastanawiam się nad przemijaniem. Czy w ogóle istnieje takie słowo jak "teraźniejszość"? Kilka razy w tamtym tygodniu byłam szczęśliwa, trzeźwa. Mniejsza, że pokłóciłam się z nią, ale byłam. Dlaczego tak jest, że te najszczęśliwsze chwile tak szybko mijają, a te złe wciąż i wciąż trwają? Byłam trzeźwa cały tydzień. Nie wiem, czy jeszcze chcę tej nietrzeźwości. Nie wiem czy chcę nie myśleć za pomocą jakiegoś gówna. Nie wiem czy wytrwam w trzeźwości i nie wiem czy umiem zmienić o sobie to złe myślenie, które mnie prześladuje. Ludzie, którzy byli źli, któregoś dnia dostaną wszystko to co robili, mówili, czy to jak okrutnie traktowali innych.
Boli mnie serce., to co trzyma mnie jeszcze tutaj, brzuch i coraz częściej głowa. Cholera, tak bardzo się boję... Nie wiem czy umiem jej wybaczyć, ten błąd, który popełniła. Przecież wiedziała, jak mocno tego pragnęłam. Jak bardzo czekałam... Jak długo czekałam. Dlaczego więc wszystko mi rozpieprzyła?! Niech straci do mnie ten pieprzony szacunek, po co mi on? Ja do siebie nie mam tego szacunku, więc dlaczego ona ma go posiadać do mnie? Nikt jej nie broni się staczać.. Do mnie chyba dotarło, że takie zapominanie nic nie daje. Mogę i chcę z tego gówna wyjść. Nie biorę od 7 kwietnia, więc mogę też nie palić, tak? Chcę umrzeć w pełnej świadomości, że żyłam dobrze.... Chcę przed śmiercią napawić się "pięknem" dnia, chcę pójść nad wisłę, popatrzeć na cudowny zachód słońca, spotkać się z tymi, których kocham. Chciałabym, by zapamiętali mnie taka... dobrą? Chyba muszę powrócić do mojego "ja" przed udawaniem. Muszę na nowo nauczyć się być sobą... Ale nie wiem jak to zrobić. Bo któregoś dnia może mnie tu nie być... a chciałabym, żeby oni zawsze mnie pamiętali, żeby przyszli na mój pogrzeb, żeby On przyszedł.
Tatusiu, boję się... Tak bardzo boję się śmierci. Jak to jest? Czy to boli? Boję się tego cierpienia przed samym tym faktem..No i muszę zrobic jeszcze coś, by zabić wspomnienia. Póki co nie wiem, czy pójdę na te badania. Choć czuję, że coraz gorzej się czuję.. Nie wiem, czy chcę wiedzieć, że umieram... Czy coś jest po śmierci? Czy istnieje takie coś jak niebo? Czy istnieje taki ktoś jak Bóg? Mam iść do kardiologa, ale czy się odważę?Chciałabym wiedzieć co się ze mna dzieje, ale świadomość, że może być źle, każe udawać, że jest ddobrze. Mimo tego, że cholernie boli, muszę udawać, że dobrze się czuję..Mam prośbę do Ciebie Aśqu.. Wiem, że mnie nienawidzisz, że zrobiłam Ci świństwo, ale Ty mnie tez zrobiłaś- bardzo mnie to zabolało. Jeśli umrę mam do Ciebie tylko jedną małą prośbę, powiedz mu, że bardzo Go kocham... że nigdy nikt się dla mnie tak nie liczył jak On. Chciałabym, by zawsze mnie pamiętał i żeby przyszedł na mój pogrzeb... "Moja dusza nadal chce i pragnie. I czuję, że tak będzie już zawsze, nawet po śmierci..."
Dziękuję Ci, za te kilka chwil spędzonych w Twoim towarzystwie.. Mogły to być ostatnie chwile spędzone z Tobą, mogły to być ostatnie chwile spędzone z tymi których kocham.
"Człowiek jest wielki, nie przez to co posiada, Lecz przez to co ma; Nie przez to kim jest, lecz przez to czym dzieli się z innymi."
"Każdego ranka dostajemy szansę na nowe życie.
Pomimo chmur - Walcz.
Bo życie nie kończy się na kłopotach,
A słońce świeci ponad nimi..."
|
niedziela, 29 maja 2011
sobota, 21 maja 2011
Za oknem deszcz, tak jak deszcz w mojej duszy..
Mam ochotę się pociść. Poczuć tą wewntętrzną ulgę. Być ponad. I znów stoję przed wyborem: wziąć ostrze w dłoń czy nie? Czy umiem się powstrzymać? Jestem wolna. Czy już teraz nic mnie tu nie zatrzyma? Czy zatracę się całkiem, by tylko zapomnieć? Bardzo się boję, że właśnie tak się stanie. Boję się, że jednak nie potrafię się powstrzymać, powiedzieć sobie STOP. Boję się, że tak naprawdę nigdy nie przestanę. Boję się, że nigdy nie zapomnę... Miałam iść na badania, nie poszłam bo któregoś dnia znów się upiłam - czyli nie myślałam. - mój cel - moja droga. Przestać myśleć i winić się... Nie istnieć, nie być, nie zawadzać. Ale czuję też strach.. Sama się sobie dziwię, że nie wziełam acodinu, przecież tyle razy miałam okazję nie myśleć, odlecieć.. Nawet nie masz pojęcia, jak mocno mnie ciągnęło poczuć ten stan...Ale dałam radę. Tyle razy dałam radę, nie złamałam się. Ale czy następnym razem będę mieć siłę wytrzymać w swoim postanowieniu? Zapaliłam kilka razy zioło. Nie myślałam, nie pamiętałam, nie winiłam się o nic. Tak, było cudownie. Mimo to, że chodzę na terapię bardzo się boję, że zbyt długo nie pociągnę w trzeźwości. Mam już dość udawania. Bycia kimś zupełnie innym. Ale czy umiem znów stać się sobą? Czy ja w ogóle wiem co znaczą te słowa?
Chciałabym uciec. Uciec jednak do samotności kontrolowanej. Boję się myśleć trzeźwo. Bo kiedy jestem trzeźwa, wszystkie złe wspomnienia, lęki, obawy, strach wracają. I wtedy nie potrafię wyzbyć się tych uczuć, tego jak czuję się beznadziejna w środku.. Wieczorami znów boli mnie serce. Znów nie umiem zasnąć.. Znów zaczynam wariować, a łzy rozpaczy tłumią się gdzieś w śroku.
Boję się, że umieram.. Boję się, że jeśli pójdę na badania powiedzą mi, że muszę mieć operację.. że jeśli jej nie będzie, umrę.. że jeśli się zgodzę to mogę siedzieć w śpiączce i nigdy już Cię nie zobaczyć... Boli mnie to... i serce bardzo.. Czasem nie moge oddychać.. Boję się, że każdy dzień jest tym ostatnim, że justro już mogę się nie obudzić. Piszę Ci to, bo chciałabym Cię jeszcze zobaczyć, przytulić, powiedzieć Ci, że jestes wszystkim, że bardzo Cię kocham... ale nie wiem, czy zdążę. Dlatego chciałabym żebyś to wiedział już teraz. "Żyłam" dla Ciebie, a teraz nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę.. Czy zdążę powiedzieć Ci to w cztery oczy. Raz jeszcze, by upewnić się czy napewno wiesz..
Powiedziałam matce, że boli mnie serce. Powiedziała, że zapisze mnie do kardiologa. Boję się jednak, że znów to są tylko słowa, że tak naprawdę nic nie zrobi, żeby mi pomóc.
Jest taki czas kiedy czuję, że nie wiem co jest prawdziwe. Patrząc w lustro nie widzę siebie perfekcyjnej, a nienawść do siebie wzrasta.. Tak bardzo pragnę, by ludzie w okół mnie byli szczęśliwi, ale z drugiej strony chcę być zła, bo źli mają lepiej. I to łamie mi serce. Kiedyś nie myślałam, żeby być złą.. dlaczego więc teraz tak jest? Co czuję? Co wiem? Co boli? Co niszczy? Czy to musi zawsze być moją największą tajemnicą? To boli..
Czasami chciałabym to przerwać. Wygarnąć jej wszystko i przestać żyć w wykreowanym świecie. Przestać w końcu się zadręczać.. Ale to nie jest takie proste. To jest gdzieś głęboko, gdzie nie dociera światło, gdzie nie ma światełka w tunelu, że może być lepiej. Chciałabym przestać myśleć w ten sposób w jaki miślę. Ale czy umiem?
Dlaczego wszystko przed tymi dwoma laty się zmieniło? Dlaczego wciąż nie umiem żyć jak kiedyś? "Powiedz mi, że będzie dobrze, odpędź ciemność chwil zwątpienia. Stłumiona wstydem ciągle trwam" Wszystko jest takie za mgłą, żyję tak jakbym tylko była tu ciałem, czy nie umiesz odzyskać mojej straconej duszy..?
"Ada.. Chcesz wiedzieć co ja widzę? Powiem Ci. Ty się wciąż boisz. Boisz się żyć. Boisz się wciąż ludzi. Gdyby przyszło Ci się zmierzyć z tamtym sam na sam to wciąż byś się bała. Zamiast stanąć mu twarzą w twarz, wygarnąć, że se może grozić, a Ty i tak masz to w dupie to się boisz. Wciąż się boisz tych spojrzeń, tego, że Cię nie zaakceptują. (...) Masz dalej coś z tej dziewczynkisprzed 3 lat. Kurwa, Ty nie potrafisz uwierzyć, że masz siłę i możesz się z nimi zmierzyć i ich pokonać. Dlaczego?" Bo wciąż gdzieś tam w środku pamiętam te słowa Donaty przez tamte osiem lat dzień w dzień.. Wciąż czasem przychodzi takie pytanie czy powinnam się wtedy zmieniać, na taką jaka jestem dzisiaj. Powinnam? Wtedy chociaż widziałam to jak inni potrzebują pomocy, to, że nie potrafiłam przejść obok tego tak obojentnie jak dziś. Czasem jeszcze to mnie boli, ale nie aż tak.. Chciałabym mu wygarnąć, że juz mam gdzieś te słowa, które powiedział wtedy dwa lata temu, że już się go nie boję.. Boję się. Ale już nie jego słów. Ale Ty i tak nie zrozumiesz. Jestem głupia. Po chuj jeszcze tu wegetuję? Za oknem deszcz tak jak deszcz w mojej duszy.
Mówisz mi, że jestem perfekcyjna. Gdyby tak było, byłabym dobra osobą - nie pragnęłabym stać się egoistką jak ona.. Ale po co mam być dobra i perfekcyjna, skoro inni mają to totalnie gdzieś?! Gówno. Moje myśli są takie chaotyczne. Nie umiem już wyrażać nawet tu swoich uczuć. Nie wiem czy jest sens starania się o cokolwiek...
"Kiedy patrzymy na drugą osobę szukamy w niej jedynie defektów. Próbujemy odnaleść jej słabe strony, ponieważ chcemy, żeby okazała się gorsza od nas. Nie wybaczamy drugiemu człowiekowi kiedy nas rani ponieważ nie wierzymy, że on wybaczyłby nam. Udaje się nam go zranić za pomocą nieprzyjemnych słów, deklarujemy wtedy, że mówimy prawdę chociaż ukrywamy ją sami przed sobą. Udajemy odważnych, żeby nikt inny nie zobaczył jacy jesteśmy słabi."
Tęsknie za Tobą, R..
Chciałabym uciec. Uciec jednak do samotności kontrolowanej. Boję się myśleć trzeźwo. Bo kiedy jestem trzeźwa, wszystkie złe wspomnienia, lęki, obawy, strach wracają. I wtedy nie potrafię wyzbyć się tych uczuć, tego jak czuję się beznadziejna w środku.. Wieczorami znów boli mnie serce. Znów nie umiem zasnąć.. Znów zaczynam wariować, a łzy rozpaczy tłumią się gdzieś w śroku.
Boję się, że umieram.. Boję się, że jeśli pójdę na badania powiedzą mi, że muszę mieć operację.. że jeśli jej nie będzie, umrę.. że jeśli się zgodzę to mogę siedzieć w śpiączce i nigdy już Cię nie zobaczyć... Boli mnie to... i serce bardzo.. Czasem nie moge oddychać.. Boję się, że każdy dzień jest tym ostatnim, że justro już mogę się nie obudzić. Piszę Ci to, bo chciałabym Cię jeszcze zobaczyć, przytulić, powiedzieć Ci, że jestes wszystkim, że bardzo Cię kocham... ale nie wiem, czy zdążę. Dlatego chciałabym żebyś to wiedział już teraz. "Żyłam" dla Ciebie, a teraz nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek Cię zobaczę.. Czy zdążę powiedzieć Ci to w cztery oczy. Raz jeszcze, by upewnić się czy napewno wiesz..
Powiedziałam matce, że boli mnie serce. Powiedziała, że zapisze mnie do kardiologa. Boję się jednak, że znów to są tylko słowa, że tak naprawdę nic nie zrobi, żeby mi pomóc.
Jest taki czas kiedy czuję, że nie wiem co jest prawdziwe. Patrząc w lustro nie widzę siebie perfekcyjnej, a nienawść do siebie wzrasta.. Tak bardzo pragnę, by ludzie w okół mnie byli szczęśliwi, ale z drugiej strony chcę być zła, bo źli mają lepiej. I to łamie mi serce. Kiedyś nie myślałam, żeby być złą.. dlaczego więc teraz tak jest? Co czuję? Co wiem? Co boli? Co niszczy? Czy to musi zawsze być moją największą tajemnicą? To boli..
Czasami chciałabym to przerwać. Wygarnąć jej wszystko i przestać żyć w wykreowanym świecie. Przestać w końcu się zadręczać.. Ale to nie jest takie proste. To jest gdzieś głęboko, gdzie nie dociera światło, gdzie nie ma światełka w tunelu, że może być lepiej. Chciałabym przestać myśleć w ten sposób w jaki miślę. Ale czy umiem?
Dlaczego wszystko przed tymi dwoma laty się zmieniło? Dlaczego wciąż nie umiem żyć jak kiedyś? "Powiedz mi, że będzie dobrze, odpędź ciemność chwil zwątpienia. Stłumiona wstydem ciągle trwam" Wszystko jest takie za mgłą, żyję tak jakbym tylko była tu ciałem, czy nie umiesz odzyskać mojej straconej duszy..?
"Ada.. Chcesz wiedzieć co ja widzę? Powiem Ci. Ty się wciąż boisz. Boisz się żyć. Boisz się wciąż ludzi. Gdyby przyszło Ci się zmierzyć z tamtym sam na sam to wciąż byś się bała. Zamiast stanąć mu twarzą w twarz, wygarnąć, że se może grozić, a Ty i tak masz to w dupie to się boisz. Wciąż się boisz tych spojrzeń, tego, że Cię nie zaakceptują. (...) Masz dalej coś z tej dziewczynkisprzed 3 lat. Kurwa, Ty nie potrafisz uwierzyć, że masz siłę i możesz się z nimi zmierzyć i ich pokonać. Dlaczego?" Bo wciąż gdzieś tam w środku pamiętam te słowa Donaty przez tamte osiem lat dzień w dzień.. Wciąż czasem przychodzi takie pytanie czy powinnam się wtedy zmieniać, na taką jaka jestem dzisiaj. Powinnam? Wtedy chociaż widziałam to jak inni potrzebują pomocy, to, że nie potrafiłam przejść obok tego tak obojentnie jak dziś. Czasem jeszcze to mnie boli, ale nie aż tak.. Chciałabym mu wygarnąć, że juz mam gdzieś te słowa, które powiedział wtedy dwa lata temu, że już się go nie boję.. Boję się. Ale już nie jego słów. Ale Ty i tak nie zrozumiesz. Jestem głupia. Po chuj jeszcze tu wegetuję? Za oknem deszcz tak jak deszcz w mojej duszy.
Mówisz mi, że jestem perfekcyjna. Gdyby tak było, byłabym dobra osobą - nie pragnęłabym stać się egoistką jak ona.. Ale po co mam być dobra i perfekcyjna, skoro inni mają to totalnie gdzieś?! Gówno. Moje myśli są takie chaotyczne. Nie umiem już wyrażać nawet tu swoich uczuć. Nie wiem czy jest sens starania się o cokolwiek...
"Kiedy patrzymy na drugą osobę szukamy w niej jedynie defektów. Próbujemy odnaleść jej słabe strony, ponieważ chcemy, żeby okazała się gorsza od nas. Nie wybaczamy drugiemu człowiekowi kiedy nas rani ponieważ nie wierzymy, że on wybaczyłby nam. Udaje się nam go zranić za pomocą nieprzyjemnych słów, deklarujemy wtedy, że mówimy prawdę chociaż ukrywamy ją sami przed sobą. Udajemy odważnych, żeby nikt inny nie zobaczył jacy jesteśmy słabi."
Tęsknie za Tobą, R..
środa, 11 maja 2011
Wszystko po to by nie myśleć...
Nie pisałam tyle czasu, bo nie mam komputera w domu... zepsuł się całkiem. Jestem u babci i w końcu mogę dodać nową notkę. Co u mnie?
Skończyłam szkołę. Jestem wolna. Nie biorę acodinu od 7 kwietnia... narazie jakoś się trzymam. Jednak kilka razy niewiele brakowało, a wziełabym... ale wytrzymałam. Sukces? Może.. Niestety zapaliłam kilka razy zielone. Znów się śmiałam, znów nie udawałam tego uśmiechu, znów było cudownie... i to w ostatnią niedzielę. Zapisałam się na terapię. Byłam raz, bo w ten poniedziałek nie poszłam, bo przecież zapaliłam. Wczoraj miałam jakieś testy z psychologiem, około 600 pytań, potem jakieś spotkanie z lekarzem... Pytał, czemu zaczełam brać. Powiedziałam mu prawdę, że czuję się dziwką... Popatrzył się na mnie jak na idiotkę, ale czy to moja wina? I czy to coś zmieni?
Piszę pamiętnik, nie wziełam go dzisiaj ze sobą i nie napiszę, co miałam na myśli... Staram sie nie myśleć o acodinie. Ale coraz częściej myślę o zielonym... Może znów kurwa wpadnę w kolejne gówno. Ale wszystko to, by nie myśleć... przecież wiesz. To nie jest tak, że chce sie popisać, mieć więcej znajomych, ćpunów. To nie tak... Kiedy jestem nietrzeźwa, nieważne po czym, na chwilę jest lepiej. Nie myślę, nie czuję, nie obwiniam się... I wszystkie drogi, którymi chodzę zmierzaja do tego samego - by przestać pamiętać... ale oni tego nie rozumieją, uważają mnie za głupią, że robie to co robię... ale cóż poradzę? Jak żyć w trzeźwości i nie pamiętać? Ona udaje, że nie wie o czym chcę tak bardzo zapomnieć.. Myśli, że ja zapomniałam, czy co? że nie boli? że śpię normalnie nocą? Oh.. jakie to jest żałosne. Nienawidzę jej za to z całych sił. że nie zrobiła nic by mi pomóc, że po prostu olała, że wtedy nie posłuchała, że nie zobaczyła łez, które wciąż i wciąż spływają kiedy nikt nie widzi, kiedy ona nie widzi. Boli mnie to. Cholernie. że pozwoliła, bym upadła tak nisko, bym zasmakowała tych wszystkich zakazanych rzeczy, bym po prostu stoczyła się tak nisko. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę w tym miejscu gdzie jestem. Ale czy ona nie wie, że jestem tam przez to, że nie zagłuszyła tego bólu w duszy? On się wciąż sączy... krwawi mi dusza, bo nie potrafię wymazać przeszłości. Tego, że pozwoliłam wtedy na wszystko to, co on chciał, robił.. żeby tylko zdać, żeby nie zrobić jej przykrości? żeby.. nie dowiedziała się, że nie poszłam? Czy może ze strachu, że może mu coś bardziej odwali? Zastanawiam się coraz częściej nad tym jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie pieprzenie matki, gdyby nie mówienie, że mam zdać. Napewno teraz nie czułabym się tak beznadziejnie, pragnąć zapomnieć cały miesiąc te nieszczęsne dwa lata temu. Największy żal mam do niej... że miała gdzieś, kiedy błagałam ją, żeby mi nie kazała... Ja tak naprawdę nie czuje do niej nic. Chyba nawet już nie mam tej nienawiści... Nie mówie jej, że ją kocham, nie mówię jej nic, po prostu się mijamy. Kiedy raz na ruski rok chce się do mnie przytulić odsuwam się... bo po co mi teraz ta jej nagła opiekuńczość? Gdyby mnie kochała, nie pozwoliłaby... albo chociaż w jakiś sposób złagodziłaby to co czuję.. a ona nic. "Nie mówię tzn. nie ma więc żadnego problemu" - tak myśli. Tak bardzo żałuję, że ona wie o tym.... Przecież od początku wiedziałam, że nic nie zrobi... Ale tak bardzo chciałabym czasem, żeby spytała się o to raz jeszcze... żeby zrobiła coś. Mówię coś, nie mówię, żeby go udupić, albo zabić... choć może wtedy trochę by mi ulżyło. Bo najgorsze jest to, że mnie to wciąż boli.. a on dalej chodzi sobie tak po prostu... skurwysyn.
Mówią, że mam się wygadywać... że mam wciąż mówić, żeby uleciały ze mnie te złe emocje, te wszystkie złe wspomnienia. Tylko komu?
Udaję uśmiech. Wciąż kurwa udaję. Nie ma chyba dnia, że jestem uśmiechnięta tak sama z siebie, tak bez uczucia tej maski. Wydaje mi się, że jest dobrze tylko wtedy kiedy zapalę czy wezmę... - wydaje mi sie, że wtedy jestem sobą i że ten uśmiech jest prawdziwy. Ona ostatnio napisała mi, że udaję... ale ja udaję tylko uśmiech szczęścia kiedy chce mi się płakać, żeby nie zauważyli, nie zaczeli się dopytywać... Czy to źle? Czy kiedykolwiek byłam sobą? I czy kiedykolwiek będę potrafiła być sobą? Napisała mi ostatnio takiego smsa:
"Nieśmiała, bardzo zamknięta w sobie. Nie potrafiłaś wyrazić opini, sprzeciwić się, nic. Jak roślina, która się wyrywa i która nic nie może zrobić, nie potrafi, nie umie powiedzieć:" nie, zostaw mnie w spokoju." - taka byłam jeszcze w pierwszej klasie liceum (prywatnego). Nie ma w tym smsie żadnego słowa, które byłoby błędne. Teraz jednak jest większy strach, lecz nie okazuję go zachowaniem, czy tym zamknięciem w sobie. Już nie jestem zamknięta(przynajmniej tak mi się wydaje) ale najgorsze jest to, że wszystko mogą wyczytać z moich oczu.. Dlatego nie lubię patrzeć się innym w oczy, z obawy, że odgadną wszystkie moje myśli, że zobaczą całą moja przeszłość..
Skończyłam szkołę. Jestem wolna. Nie biorę acodinu od 7 kwietnia... narazie jakoś się trzymam. Jednak kilka razy niewiele brakowało, a wziełabym... ale wytrzymałam. Sukces? Może.. Niestety zapaliłam kilka razy zielone. Znów się śmiałam, znów nie udawałam tego uśmiechu, znów było cudownie... i to w ostatnią niedzielę. Zapisałam się na terapię. Byłam raz, bo w ten poniedziałek nie poszłam, bo przecież zapaliłam. Wczoraj miałam jakieś testy z psychologiem, około 600 pytań, potem jakieś spotkanie z lekarzem... Pytał, czemu zaczełam brać. Powiedziałam mu prawdę, że czuję się dziwką... Popatrzył się na mnie jak na idiotkę, ale czy to moja wina? I czy to coś zmieni?
Piszę pamiętnik, nie wziełam go dzisiaj ze sobą i nie napiszę, co miałam na myśli... Staram sie nie myśleć o acodinie. Ale coraz częściej myślę o zielonym... Może znów kurwa wpadnę w kolejne gówno. Ale wszystko to, by nie myśleć... przecież wiesz. To nie jest tak, że chce sie popisać, mieć więcej znajomych, ćpunów. To nie tak... Kiedy jestem nietrzeźwa, nieważne po czym, na chwilę jest lepiej. Nie myślę, nie czuję, nie obwiniam się... I wszystkie drogi, którymi chodzę zmierzaja do tego samego - by przestać pamiętać... ale oni tego nie rozumieją, uważają mnie za głupią, że robie to co robię... ale cóż poradzę? Jak żyć w trzeźwości i nie pamiętać? Ona udaje, że nie wie o czym chcę tak bardzo zapomnieć.. Myśli, że ja zapomniałam, czy co? że nie boli? że śpię normalnie nocą? Oh.. jakie to jest żałosne. Nienawidzę jej za to z całych sił. że nie zrobiła nic by mi pomóc, że po prostu olała, że wtedy nie posłuchała, że nie zobaczyła łez, które wciąż i wciąż spływają kiedy nikt nie widzi, kiedy ona nie widzi. Boli mnie to. Cholernie. że pozwoliła, bym upadła tak nisko, bym zasmakowała tych wszystkich zakazanych rzeczy, bym po prostu stoczyła się tak nisko. Nigdy bym nie przypuszczała, że będę w tym miejscu gdzie jestem. Ale czy ona nie wie, że jestem tam przez to, że nie zagłuszyła tego bólu w duszy? On się wciąż sączy... krwawi mi dusza, bo nie potrafię wymazać przeszłości. Tego, że pozwoliłam wtedy na wszystko to, co on chciał, robił.. żeby tylko zdać, żeby nie zrobić jej przykrości? żeby.. nie dowiedziała się, że nie poszłam? Czy może ze strachu, że może mu coś bardziej odwali? Zastanawiam się coraz częściej nad tym jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie pieprzenie matki, gdyby nie mówienie, że mam zdać. Napewno teraz nie czułabym się tak beznadziejnie, pragnąć zapomnieć cały miesiąc te nieszczęsne dwa lata temu. Największy żal mam do niej... że miała gdzieś, kiedy błagałam ją, żeby mi nie kazała... Ja tak naprawdę nie czuje do niej nic. Chyba nawet już nie mam tej nienawiści... Nie mówie jej, że ją kocham, nie mówię jej nic, po prostu się mijamy. Kiedy raz na ruski rok chce się do mnie przytulić odsuwam się... bo po co mi teraz ta jej nagła opiekuńczość? Gdyby mnie kochała, nie pozwoliłaby... albo chociaż w jakiś sposób złagodziłaby to co czuję.. a ona nic. "Nie mówię tzn. nie ma więc żadnego problemu" - tak myśli. Tak bardzo żałuję, że ona wie o tym.... Przecież od początku wiedziałam, że nic nie zrobi... Ale tak bardzo chciałabym czasem, żeby spytała się o to raz jeszcze... żeby zrobiła coś. Mówię coś, nie mówię, żeby go udupić, albo zabić... choć może wtedy trochę by mi ulżyło. Bo najgorsze jest to, że mnie to wciąż boli.. a on dalej chodzi sobie tak po prostu... skurwysyn.
Mówią, że mam się wygadywać... że mam wciąż mówić, żeby uleciały ze mnie te złe emocje, te wszystkie złe wspomnienia. Tylko komu?
Udaję uśmiech. Wciąż kurwa udaję. Nie ma chyba dnia, że jestem uśmiechnięta tak sama z siebie, tak bez uczucia tej maski. Wydaje mi się, że jest dobrze tylko wtedy kiedy zapalę czy wezmę... - wydaje mi sie, że wtedy jestem sobą i że ten uśmiech jest prawdziwy. Ona ostatnio napisała mi, że udaję... ale ja udaję tylko uśmiech szczęścia kiedy chce mi się płakać, żeby nie zauważyli, nie zaczeli się dopytywać... Czy to źle? Czy kiedykolwiek byłam sobą? I czy kiedykolwiek będę potrafiła być sobą? Napisała mi ostatnio takiego smsa:
"Nieśmiała, bardzo zamknięta w sobie. Nie potrafiłaś wyrazić opini, sprzeciwić się, nic. Jak roślina, która się wyrywa i która nic nie może zrobić, nie potrafi, nie umie powiedzieć:" nie, zostaw mnie w spokoju." - taka byłam jeszcze w pierwszej klasie liceum (prywatnego). Nie ma w tym smsie żadnego słowa, które byłoby błędne. Teraz jednak jest większy strach, lecz nie okazuję go zachowaniem, czy tym zamknięciem w sobie. Już nie jestem zamknięta(przynajmniej tak mi się wydaje) ale najgorsze jest to, że wszystko mogą wyczytać z moich oczu.. Dlatego nie lubię patrzeć się innym w oczy, z obawy, że odgadną wszystkie moje myśli, że zobaczą całą moja przeszłość..
Subskrybuj:
Posty (Atom)