Czuję ciągły lęk, jakieś dziwne uczucie w klatce piersiowej od wielu miesięcy, które mnie nie opuszcza... Czasem czuć go mocniej, czasem mniej ale wciąż gdzieś jest. Znowu lecą łzy. Wczoraj miałam potworną chęć wziąć ostrze w dłoń i uspokoić duszę, pozornie zabrać ból psychiczny, żeby za chwilę wjechał ze zdwojoną siłą. I znowu czuje się jak mała szara myszka boja się wszystkiego, która ciągle ucieka, by zamknąć się w swojej norze. Pamiętam kiedy siedziałam w tej norze 25 lat zanim zdarzyłam uciec, ale ta klatka jest znów tak blisko. Tak bardzo nie chce się bać.. Tak bardzo nie chce tracić wszystkiego co udało mi się zbudować, a już telefon stwarza problem, spytanie o cokolwiek.. Wszystko wraca.. Tak bardzo nie chce znów tam być.. A tak bardzo wpadam w tą otchłań z której tak bardzo trudno wyjść.. Wszystko jest takie ciemne i wiem, że jest tu coś nietak, ale nie mogę zapalić światła. Ten ból jest tak cholernie rzeczywisty i od wielu miesięcy próbuje mnie pokonać, ostatkiem sił tak naprawdę przyszłam tu, żeby mnie uratować.
Lubie spać. Bo wtedy nie ma życia, pamięci, bólu... Nie ma tysiąca masek, które się sypią z dnia na dzień bo jak widać już są tylko łzy. Nie ma światła w tunelu. Jest tylko ciemność. Nie ma nadziei. Nie ma blasku, który kiedyś jakby za mgłą rozświetlał ten tunel, w którym już był cień światła, był cień nadziei...