Znów piję. Tym razem przed ekranem komputera.. Sama ze sobą. Sama z własnymi myślami i własną beznadziejną przeszłością. Łzy zapierdalają jak pojebane. Po prostu znów musiałam zapomnieć. Pragnełam zapomnienia.. i powoli się to udaje. Jestem załamana. Jestem znów mała.. i znów nie potrafię się z tym pogodzić. Z przeszłością. z bólem. ze wspomnieniami. Dlatego znów uciekam.. Jestem słaba. Cholernie słaba. I muszę się z tym pogodzić. Już chyba na to pora.. Wspomnienia wróciły.. Wróciło wszystko to, co bolało...
Gdybyś był byłoby zupełnie inaczej. Ale Ciebie nie ma. Nie ma i już nie będzie..
Wiesz jak to jest budzić się co noc czując łzy pod powiekami? słyszeć
jak serce wygrywa marsz żałobny? jak podczas wysokiej temperatury
odczuwać wewnętrzne zimno? Jak zaczyna znów napierdalać? Jak pragniesz zrobić wszystko, by tylko nie myśleć..?
Nie pamiętam już swojego własnego szczerego uśmiechu. Zbyt długo udawałam, by teraz znaleść ten jedyny, swój własny, szczery i prawdziwy.. To boli. Boli kiedy czujesz, że na Twojej buzi znów gości uśmiech, który wydaje Ci się samej cholernie sztuczny, ale mimo pragnienia ściągnięcia tej maski - nie umiesz. Pamiętam kiedy zaczynałam - dziś powiem, że to był największy błąd w moim życiu.. bo nigdy nie wiem kiedy jestem prawdziwa. Od ponad czterech at toczę ciężką walkę ze sobą. Zatracam się w sobie. Po prostu nie chcę myśleć.
I cholerną prawdą jest, że jeśli odejdzie osoba, którą tak bardzo kochamy, nasza cząstka odchodzi wraz z Nią. Przez tyle lat szukałam zrozumienia dlaczego akurat Jego musiałeś mi odebrać. I do tej pory nie znalazłam żadnej sensownej odpowiedzi. Może dlatego, bo to ja chciałam się zabić, przed nim, byś go oszczędził? Bo kiedy widzisz cierpienie, która jest dla Ciebie najważniejsza w życiu pragniesz zamienić się z nią miejscami, zabrać jej cierpienie i chociaż trochę przenieść na swoje barki.
Byłeś wspaniałym Człowiekiem. Moim autorytetem, oparciem. Dla Ciebie chciałam się starać i być dobra. Robiłam wszystko. by tylko zobaczyć Twój uśmiech.. i Twoje dobre oczy.
Mam poczucie, że 20 grudnia 2007 roku, który pamiętam jak dziś.. skończyło się wszystko, co było we mnie dobre. Pamietam jak czułam tą psutkę, jak nic do mnie nie docierało.. Potem telefon do Boży, samochód, wujek, szpital.. i łzy, morze łez. Nie zdążyłam. Umarł beze mnie.. Umarł przeze mnie.. Umarł, bo ja nie miałam odwagi się zabić, żeby Bóg Go oszczędził..
Od tamtego dnia nic mnie nie interesuje.. Wszystko stało się tak cholernie obojętne.. Nie mam celu w życiu. Nie mam sensu. Stworzyłam w okół siebie mur, którego nie wiem jak zburzyć. Który jest jakby murem ochronnym, by nikt mnie nie skrzywdził.. I jedyna rzecz, która mnie trzyma tutaj, wśród żywych jest to, że już nie cierpisz. Że jesteś szczęśliwy. że spotkałeś się ze swoim Tatą, z Krysią, z Synem.. i wiem, że na mnie patrzysz. Ale to nie zmienia faktu, że pragnę iść do Ciebie.. do Was.. bo bez Was tu nie jest już tak samo..
Wszystko zawsze robiłam dla Ciebie, by widzieć dumę w Twoich oczach.. to mi dawało siłę, dawało moc, którą nic nie mogło zniszczyć. Tata pozwoli, Tata podwiezie, Tata kupi, Tata pomoże... a teraz? Teraz nic... Jedynie pustka... Przez tyle lat... w ramce mam Twoje zdjęcie, widzę Cię czasem w snach... ale to jest za mało.. Za mało.. Wiesz czego pragnę? Zobaczyć Cię, przytulić, usłyszeć Twojego głosu. Zobaczyć Twój uśmiech. Tak bardzo bym chciała poczuć Twój zapach... Żaden facet nie zastąpi mi Ciebie. Nikt nie dorówna Twojemu dobru, nikt nie dorówna Twojemu uśmiechowi, Twojemu spojrzeniu... Bez Ciebie stałam się nikim. Bez Ciebie wszystko stało się bez sensu. I nie mam celu na przyszłość. Bo moja dusza odeszła wtedy z Tobą. Głos serca, którym się kierowałam.. Byłeś dla mnie wszystkim... a teraz Ciebie nie ma.. Powiesz mi jak żyć?