"Każdego ranka dostajemy szansę na nowe życie.
Pomimo chmur - Walcz.
Bo życie nie kończy się na kłopotach,
A słońce świeci ponad nimi..."

sobota, 31 marca 2012

Trzy lata wyjęte z życia..

Ostatni dzień marca... Ostatni dzień miesiąca, który zabrał mi wszystko, zabrał mi siebie, zabrał niewinność.. Zostawił jednak po sobie poczucie winy, nienawiść, strach i obrzydzenie.. To już trzy lata. Trzy lata bezsenności, trzy lata życia w strachu, trzy lata niebywałej chęci zapomnienia o tym co wciąż czuję każdego dnia i każdej nocy.
Już się nie łudzę, że przeszłość odejdzie, że przestanie napierdalać w każdej jebanej sekundzie. że zniknie to, jak podle się czuje.. że zniknie to, jak mocno boli mnie, że może to robić innym..
Gdybym tylko mogła cofnąć czas... nie sądziłam, że tak mocno będzie rozpierdalać mnie od środka.
Wczoraj znów nie wytrzymałam. Wyjełam ostrze, które wraz z przejechaniem po ręce pokazało ulgę. Wszystko znikneło.. Ból, łzy, nienawiść. ale prawie nic nie widać. Zawsze robię tak, żeby nie było widać...
Boża wczoraj odjebała nieźle. Powiedziałam jej tylko, żeby suka zgasiła światło, a ta zaczeła wydzierać na mnie ryj. Rozjebała mi telewizor, rzuciła we mnie parawanem, wyłączyła korki i rozpierdoliła w chacie to co się da. Stwierdziła, że śpię do 14. Nienawidzę jej. Przez nią znów tracę kontrolę. Przez nią znów sięgnełam po ostrze, które pozwoliło zapomnieć... a dziś jakby nigdy nic dzwoni do mnie i pisze smsa "Przepraszam, czasem w złości się robi jakieś głupoty, kocham Cie tylko jest mi ciężko, pomóżcie mi (...)" Gówno prawda! Czy ona wie co znaczy słowo "kochać"?! a czy wie, jak mocno jej nienawidzę?! Czy wie, że to przez nią zaczełam się staczać? Czy wie, że to co się stało dokładnie 3 lata temu wciąż rozpierdala mi życie..? chyba udaje, że nie pamięta.. nie pamięta jak mocno skrywałam łzy, jak bardzo chciałam zasnąć, zapomnieć w trzeźwości... ale trzeźwość nie dała ulgi. Nie dało ulgi też wszystko poza trzeźwością. naczy dawało... ale na krótką metę. Jutro mija osiem miesięcy odkąd jestem czysta. Ostatnio tak bardzo chciałam skoczyć do apteki, przestać myśleć.. ale wiem, że gdybym to zrobiła, wszystko zaczeło by się od początku...
Miałam ochotę znów na chwile zapomnienia, chwile bólu w swoim smutku.. chwilę odpłynięcia znów od rzeczywistości.. zapomnieć o strachu. zapomnieć o zniszczonej duszy. Wiem, że mogę w jednej sekundzie wszystko zniszczyć, całą tą rzeczywistość... rzucić się w otchłań niepamięci... zanurzyć znów w sobie kawałek metalu... - poczuć ukojenie. wziąć i być ponad to wszystko, przestać pamiętać, przestać się w końcu winić... cholernie boli, że pragniesz, a nie możesz wiesz?
Czy jest się takim a nie innym z wyboru?
Mamy na to wpływ?
Czy jako dziecko chciałaś być zła..?

Umarłam.

Dziwka jest z tym, który wciąż ma moje serce... Ma mnie całą... Wiem, że zawsze będę na Niego czekać i nigdy to się nie zmieni... Wybacz..
"so close no matter how far... and nothing else matters." 
 29 sieprnia miną 3 lata, odkąd żyjesz tylko w moich snach.. ale pamiętaj, że masz moje serce, moją duszę. I tak naprawdę tylko jeszcze tu jestem.. Bo mam nadzieję, że któregoś dnia, znów będziesz przy mnie... choć w środku, w głębi duszy, wiem, że to nie jest prawdą... ale muszę w to wierzyć, bo inaczej pójdę do Taty i do Krysi...

czwartek, 22 marca 2012

"Jeśli w kogoś wierzysz to nie na jakiś czas, nie na chwilę.. ale na zawsze."

"czasem chciałabym cofnąć czas. nie po to żeby coś naprawić, tylko przeżyć to jeszcze raz...

 Kolejny pusty dzień. Bez jakiegokolwiek sensu, bez szczerego uśmiechu.. Coraz dalej od niego. nie wspominam go. nie tęsknię za nim... Chyba. Choć czasem jeszcze o Nim mówię, myślę, wciąż pragnę.. Szesnasty dzień czerwca już chyba zawsze, co roku będzie dla mnie tym wspaniałym początkiem "kiedyś". tamtego życia. życia z nim, życia w szczęściu, a dziś - życia bez niego. pamiętać będę zawsze. i wiem, że on też będzie pamiętał. nawet jeśli zechce zapomnieć. i nie ważne czy ja będę kogoś mieć i czy on wciąż będzie z nią.
tak naprawde ona mi go już nigdy nie odbierze.
tak. nie odbierzesz.
będziesz trzymała go za rękę, ale to ja pierwsza tuliłam jego dłoń. będziesz z nim szła przez miasto, ale ludzie będą pamiętać moją postać. będzie mu smutno, będziesz go pocieszać, ale on będzie pamiętać jak robiłam to ja. będziesz go bardzo kochać, ale to ja pierwsza oddałam mu serce! Serce, które mimo wszystko wciąż na Niego czeka. przedstawi Cię swojej rodzinie, ale oni będą pamiętać moment gdy poznali mnie. będziesz próbowała zrobić coś oryginalnego, ale już kiedyś ja to dla niego zrobiłam. będzie patrzył w Twoje niebieskie oczy, ale zauważy w nich mój kolor zieleni. będzie czuł Twój zapach ale podświadomie poczuje moje perfumy. będziesz z nim spędzać dużo czasu, ale jeszcze więcej spędzałam z nim go ja. nie wymażesz mnie z jego wspomnień. a gdy będzie kiedyś płakał.. przybiegniesz do niego, ale on się odwróci. bo tam już będę ja. sama dobrze wiesz, że o pierwszej miłości nikt nie zapomina.. u mnie w duszy będzie żył zawsze."

Notka żonki:* - Troszkę zmieniona, ale jednak Jej. :) Jej notka ale jednak moje myśli, moje uczucia.. - nasze myśli, nasze wspólne uczucia..


Ponad cztery lata nie jesteś już z Nami. Zaczynam Cię pamiętać jak za mgłą.. Widzę Cię w snach, ale nie potrafię Cię dotkąć. Mówisz coś do mnie, a ja nie potrafię Ci odpowiedzieć. Przytulasz, ale ja nie mogę Cię przytulić. Uśmiechasz się, ale zaraz znikasz.. a ja budzę się myśląc, że jesteś obok, w drugim pokoju. Któregoś dnia poszłam do pokoju matki. Widziałam Cię przez chwile.. To nie był sen.. Spojrzałam raz jeszcze, by uwierzyć w to kogo widzę - już Cię nie było.. Pamiętam to doskonale. Tego uśmiechu nigdy nie zapomnę. Tego blasku w Twoim oku.. Ale to, że przyszłam i Cię tu zobaczyłam to było takie.. niesamowite, prawdziwe. Nie umiem tego sobie wytłumaczyć. Widziałam Cię tak jak siedzę i piszę tą notkę przy komputerze. Widziałam, że piszesz i że mówisz, że musiałeś coś sprawdzić.. Pobiegłam do Bożeny, chciałam jej powiedzieć, że wróciłeś.. odwróciłam się, a Ciebie już nie było... Przyjdź do mnie. Tak mocno Cię teraz potrzebuję.
Jedenasty dzień marca był kolejnym najgorszym dniem mojego życia. Krysia jest z Tobą. wiem, że Ją chronisz, wiem, że jest bezpieczna, wiem że jesteście razem szczęśliwi... ale mimo wszystko cholernie za Nią tęsknię. Za Nią i za Tobą... Nie umiem poukładać sobie niczego, co mogłoby pozbierać złamane serce. Straciłam kolejną osobę i to jest bolesne.. Zbyt bolesne. Nie chcę o tym myśleć, mówić, ale muszę się komuś wygadać, bo czuję jak łzy same bezwładnie wypływają z moich oczu...
Druga też mi zabiera.. Druga ma raka. Umiera po cichu nie skarżąc się na ból... Zupełnie jak Ty - Tusiu.
I mimo to, że jestem wciąż czysta znów powoli się rozpadam.. Znów chcę zrobić cokolwiek, by nie myśleć. zapomnieć. Być szczęśliwa, tak jak to było kiedy zapominałam o tym, że umarłam, kiedy tamten zabrał mi siebie...  Powoli zaczynam łamać obietnice, że nigdy już nie sięgnę po alkohol...
Próbuję być silna, ale znów miliony aptek widzę przed oczami, kiedy wyjdę na ulicę. Widzę je i nie potrafię wytrzymać... Pierwszego kwietnia minie osiem miesięcy kiedy nie wziełam acodinu... Jestem czysta. jeszcze... Tak bardzo się boję, że któregoś dnia zacznie tak boleć, że nie będzie mnie obchodziło to, że tyle wytrzymałam...

wtorek, 20 marca 2012

Pewnego dnia otrę wszystkie łzy z Twoich oczu..

"Możesz mnie nie znać, ale Ja wiem o Tobie wszystko..
Wiem kiedy siedzisz i kiedy wstajesz..
Znam wszystkie Twoje drogi..
Nawet wszystkie włosy na Twojej głowie są policzone..
Ponieważ zostałeś stworzony na mój obraz.
We mnie żyjesz, poruszasz się i jesteś.
Bo jesteś moim potomstwem.
Znałem Cię zanim zostałeś poczęty..
Wybrałem Ciebie gdy planowałem stworzenie..
Nie byłeś pomyłką..
Wszystkie Twoje dni są zapisane w mojej księdze..
Określiłem dokładny czas Twojego urodzenia i miejsce zamieszkania.
Jesteś cudownie stworzony..
Ukształtowałem Cię w łonie Twojej matki..
I byłem pomocny w dniu twoich narodzin..
Jestem fałszywie przedstawiany przez tych, którzy mnie nie znają
Nie jestem odległy i gniewny, jestem pełnią miłości..
I całym sercem pragnę Cię tą miłością obdarzyć.
Po prostu dlatego, że jesteś moim dzieckiem, a Ja - Twoim Ojcem..
Daję Ci więcej niż Twój ziemski ojciec mógłby Ci zapewnić..
Bo jestem Ojcem doskonałym..
Wszelkie dobro, jakie otrzymujesz, pochodzi z mojej ręki..Zaopatruję cię i zaspokajam wszystkie Twoje potrzeby..
Moim planem jest dać ci dobrą przyszłość..
Ponieważ kocham Cię miłością wieczną i nieskończoną..
Moich myśli o Tobie jest więcej niż ziaren piasku na brzegu morza...
I cieszę się Tobą, śpiewając z radości..
Nigdy nie przestanę czynić Ci dobra..
Gdyż jesteś moją drogocenną własnością..
Z całego serca i z całej duszy chcę, byś mieszkał bezpiecznie..
I pokazać Ci rzeczy wielkie i wspaniałe..
Jeśli będziesz mnie szukał z całego serca, znajdziesz mnie..
Rozkoszuj się mną, a dam Ci to, czego pragnie Twoje serce..
Bo to Ja daję Ci takie pragnienia..
Jestem w stanie dać ci o wiele więcej, niż możesz sobie wyobrazić..
To we mnie znajdziesz największe wsparcie i zachętę..
Jestem też Ojcem, który pociesza Cię we wszelkich twoich smutkach..
Kiedy jesteś załamany, jestem blisko Ciebie..
Tak jak pasterz niosący owieczkę, trzymam Cię blisko mojego serca..
Pewnego dnia otrę wszystkie łzy z Twoich oczu..
I uwolnię od wszelkiego bólu, który znosiłeś na ziemi..
Jestem Twoim Ojcem i kocham Cię dokładnie tak, jak kocham mojego syna, Jezusa..
Bo w Jezusie objawiłem moją miłość do Ciebie..
On jest wiernym odbiciem mnie samego..
Przyszedł by udowodnić, że jestem z Tobą, nie przeciwko Tobie..
By powiedzieć Ci, że nie liczę Twoich grzechów..
Jezus umarł żebyśmy - Ty i ja - mogli zostać pojednani..
Jego śmierć była najwyższym wyrazem mojej miłości do Ciebie..
Oddałem wszystko co kochałem, by zdobyć Twoją miłość..
Jeśli przyjmiesz dar mojego syna Jezusa, przyjmiesz mnie samego..
I nic już nigdy nie oddzieli Cię od mojej miłości..
Przyjdź do mnie, a wyprawię największą ucztę, jaką niebo kiedykolwiek widziało..
Zawsze byłem Ojcem i zawsze Nim będę..
Ale czy Ty… "chcesz być moim dzieckiem?"
Czekam na Ciebie...
Kocham Cię, Twój Tatuś."


Boże.. Błagam pomóż mi uwierzyć w te słowa... Tak bardzo chciałabym w nie wierzyć, ale wybacz mi - nie umiem... Zabrałeś mi wszystkie moje szczęścia... Zostawiłeś tylko niemiłosierny ból i pustkę... Nie wiem co zrobić, by uwierzyć, że jesteś... że mnie nie zostawiłeś... Na mojej drodze tak wiele złego postawiłeś.. dlaczego? Przecież czyniłam dobro, byłam dobra... Nie chciałam się zmieniać.. ale nie dano mi wyboru.. Ludzie zniszczyli mnie od środka, dobro które mi dałeś wypalało się każdego dnia... Nie mam pojęcia jak mam je teraz odzyskać... - znów stać się dobrym człowiekiem, Aniołem, którym kiedyś byłam...
Jak się podnieść kiedy tak cholernie znów boli... Jak przetrwać, kiedy każdy kolejny dzień jest pełny bólu i łez...
Jak zapomnieć...
Jak przestać się zabijać...
Jak sobie wybaczyć...
I jak wybaczyć Ci, że zabrałeś mi wszystko to co kochałam.. To co miałam najcenniejsze...
Powiedz, jak się nie poddać... Bo jestem na skraju przepaści... pomiędzy "żywymi" a "umarłymi".
Tak bardzo boję się, że nie wytrzymam...
Błagam daj mi siłę przetrwać..
Błagam daj mi siłę się nie złamać...
Nie upaść...
Nie pozwól mi już nigdy więcej czuć podłości przez innych ludzi...
Stworzyłeś mnie dobrą... Pomóż mi, znów stać się dobrą, bo nie wiem czy umiem... Pokaż mi, że mnie kochasz. Pokaż, że Tatuś, Krysia i Synek, sa z Tobą... Jak w Ciebie wierzyć, kiedy mnie zostawiłeś.. Kiedy pokazałeś mi jak bardzo można upaść.. jak zesłałeś na mnie tych złych ludzi, którzy zniszczyli mi życie... Czy to było takie "sparawdzenie" mojej wytrzymałości, mojego dobra? Czy myślałeś, że jeśli wytrwam to wszystko będę taka sama? Chciałam być, naprawde chciałam.. ale przerosło mnie to..
Jeśli chcesz mnie spowrotem, pokaż mi, że mnie kochasz. Nie pozwól mi upaść. Nie pozwól się złamać.. Oddaj mi chociaż na chwilę tyh, których tak bardzo kochałam.. Opiekuj się Tusią, Krysią i Synkiem. Pokaż, że R tu jest... Tylko On mi został..

niedziela, 18 marca 2012

Czas miał uleczyć ten ból, zabliźnić rany...

Chciałabym cofnąć czas o conajmniej 5 lat. Mimo to, że byłam wtedy samotna nie czułam się sama, bo miałam Tatę... Miałam Babcię.... Miałam Synka.. Miałam po prostu rodzinę. Taką prawdziwą. Bo Oni byli i było tak inaczej.. Choć nie zawsze tak jak powinno być i jak chciałam by było. Choć z Tatą zawsze było zajebiście.. Chciałabym cofnąć czas bo jeszcze wtedy nie wiedziałam co znaczy prawdziwy ból, prawdziwa strata... Prawdziwe uczucie podłości ze strony ludzi mimo, że już miałam świadomość tego, że ludzie są podli... Dziś czuję się sama mimo, że nie jestem samotna... Mam przyjaciół, znajomych. Mam wszystko to, o czym marzyłam kiedyś. A dziś marzę tylko o tym, żeby wrócili.. Albo żeby świat przestał istnieć... Bo boli, cholernie boli. ale nie można uciec, nie można zapomnieć śmierci.. Albo można rzucić to wszystko i polecieć do Nich. Na skrzydłach upadłego Anioła... ale czy warto? Czy warto zabić swoje życie? czy warto zapominać? Zabijać się każdego dnia, każdej nocy świadomie? Czy nie lepiej być trzeźwym przetrwać mimo, że boli jak skurwysyn? I pomyśleć: "kto to mówi" Kiedyś nie umiałam inaczej i nie chciałam tego przerwać... Tego co robiłam, by przestało zabijać mnie od środka... Myślałam, że to jest jedyne wyjście, które pozwoli ukoić ten ból rozrywający mnie na kawałki, dławiący mnie od środka, powodujący, że na mojej twarzy wciąż były łzy.. Wtedy nie umiałam powiedzieć dlaczego.. Nie chciałam, bo wiedziałam, że nic z tym nie zrobisz... I miałam rację. Nie zrobiłaś nic. Nie uwierzyłaś.. BYŁAŚ MOJĄ MATKĄ!!!! a matki ponoć powinny stać za swoimi dziećmi murem... a Ty tak po prostu pozwoliłaś mi dosięgnąć dna i nawet nie spytałaś dlaczego tam jestem... Pozwoliłaś mi się obwiniać, czuć się szmatą.. Pozwoliłaś mu na to, mimo, że błagałam Cie, żebyś przestała zadawać mi ten cholerny ból...
Nie jesteś już moją matką. Przepraszam, ale nie umiem Ci tego wybaczyć... Nie wiem jednak czy wciąż czuję do Ciebie nienawiść, czy też już tylko obojętność.. Wybacz mi, ale nie umiem Ci tego wybaczyć. Wciąż nie potrafię patrzeć Ci w oczy, uciekam wzrokiem kiedy coś do mnie mówisz.. ale te słowa już nie mają dla mnie żadnego znaczenia... Nie chcę byś zobaczyła w moich oczach pustkę, którą czuję, obojętność, która jest we mnie w stosunku do Ciebie... albo jeszcze resztki nienawiści...Kiedyś miałam do Ciebie szacunek.. Miałam dla Ciebie dobro, które chciałam Ci podarować. Ale Ty zniszczyłaś to wszystko. Niszczyłaś od zawsze. Ostatecznie zniszczyłaś posyłając mnie na pewną śmierć. Bo tak właśnie się czuję... że umarłam.
Niedobrze mi jak przypomnę sobie sceny z tamtych chwil. Sceny mojego upadku. Takiego prawdziwego, który dał mi znak, że ludzie są zwierzętami. że są źli. Te chwile ostatecznie sprowadziły mnie na ziemię z chmur.. Nie potrafię wybaczyć.. Nie potrafię żyć.. Mimo, że jestem trzeźwa i co z tego? Czas miał uleczyć ten ból, zabliźnić rany... a te rany wciąż są otwarte, a ja wciąż myślę. I wciąż napierdala.. Mimo, że to już 3 lata.

5.05.11
"(...) Bo któregoś dnia znów się upiłam - czyli nie myślałam - mój cel - moja droga. Przestać myśleć i winić się... Nie istnieć, nie być, nie zawadzać. Ale czuję też strach... (...)

"Dokąd odeszłaś, moja piękna.. co z Tobą stało się? Swej siły zbyt ufna zgubiłąś drogę.. Nocą bezsenna, zlękniona dniem... Tak nagle zniknełaś... Jak kiedyś nic nie jest już... Co nagle z Tobą stało się?!"

"Tu masz zostać. Ona tego chce."

sobota, 17 marca 2012

Dziś znów spróbowałam Cannabi.. Dziś już nie było tak kolorowo.. Dziś już się nie śmiałam.. a raczej śmiałam przez chwilę, ale czułam, że to jest takie sztuczne.. tak bardzo udawane.. szczerze, to bardzo męczył mnie ten stan... Tak stać po środku... nie wiedząc czy się śmiać, czy płakać.. Myślałam, że będzie inaczej, że to da mi uśmiech... że przestanę myśleć.. Kupiłam, wypiłam i nic. Zupełnie czuję się trzeźwa jak przed wypiciem tego "gówna". Zupełnie trzeźwa. Pragnełam tego przez ponad rok.. Chciałam się śmiać. Nie myśleć. Nie pamiętać. Teraz kiedy już to znalazłam, czuję, że to nie jest jednak to, że tego nie chcę, że nie potrzebuję. Mimo, że mogę sobie to kupić, pośmiać się, albo poudawać ten uśmiech, ale chyba wolę już całkowitą trzeźwość. Czystość. Bo i tak i tak myślałam. Czy pod wpływem ukochanej Cannabi czy bez.. Najlepsze jest jednak to, że nie bolało mnie wcale serce. Ani dziś, ani wczoraj kiedy w moim organiźmie znów zawitał alkohol.. Czuję, że tylko po tym piwie będę czuć się "dobrze..." nie będę umierać.. Plusem jest też to, że nie muszę brać tabletki nasennej jak zazwyczaj, ponieważ chce mi się spać. Samej z siebie.. Oczy robią się ciężkie, a ja tak po prostu zasypiam. Bez tabletek, bez lęku... I tak jak po tabletce, nic mi się nie śni. Ale już tego nie chcę. Chciałam rok temu. Rok temu oddałabym wszystko, by dostać to tylko w sklepie. Dziś jak to już mam nie widzę w tym nic ciekawego. Nic, co mogłoby pomóc mi zagłuszyć wspomnienia i ból. Nic co mogłoby sprawić uśmiech na mojej twarzy.. Gdybym wiedziała, że tak będzie, nie kupiłabym tego. Nie wypiłabym...
Bo tak naprawde uśmiech jest tylko uśmiechem kiedy jest taki prawdziwy, taki z serca... Jednak ja nie wiem kiedy mój uśmiech jest prawdziwy czy może fałszywy. Nie wiem. Jest mi źle, że się napiłam. Ale chciałam uśmiechu... Jednak wiem, że już tego nie kupię.

"Dlatego teraz idziesz dać radę. dać z siebie wszystko. uśmiechnąć się. dla babci. i dla taty. bo oni lubili jak się uśmiechałaś."

Tak! Trzeźwość i nic więcej!

piątek, 16 marca 2012

Nie wiem jak przestać czuć cokolwiek..

Ostatniej nocy coś we mnie pękło... Zostałam sama, mogłam zniknąć, przestać istnieć... Trzymałam to wszystko w ręku i błagałam Ją by pozwoliła mi odejść... Desperacko znów szukałam żyletki, jednak na próżno... Nie mogę pojąć jak matka mogła mnie tu zostawić dzień po Jej odejściu... W. powiedziała mi wtedy, że jeśli ja zniknę, ona zrobi to samo... Twierdzi, że tylko ja jej wierzę, że tylko ja ją tu jeszcze trzymam. Że rozumiem ją tak jak nikt inny... że czytając moje życie, czuje to samo..Nie potrafiłam jej tego zrobić... zostawić ją tu z takim ciężarem krwawiącej duszy... Narazie jesteśmy razem w swoim własnym bólu... jednocześnie mamy te same uczucia, myśli... Próbujemy jakoś "przetrwać"... Trzeba wytrwać... Chociaż spróbować.. choć każda moja cząstka w środku błaga o śmierć.
Dziś odnalazłam upragnioną Cannabie - piwo z wyciągu z konopii... Szukałam jej ponad rok. W każdym sklepie alkoholowym, a dziś moja dusza została uratowana... Odnalazłam upragnione piwo. Okropnie drogie... Nie wiem, czy w "normalnym" przypadku kupiłabym to za tak wysoką cenę.. ale dziś nie wytrzymałam. Śmiałam się jak po zielonym i nie mogłam przestać.. Nie myślałam, nie czułam. Znieczuliłam się chociaż na moment. Znów zaczynam myśleć jak kiedyś... Dziwię się, że moje serce nie umarło z bólu jak za każdym poprzednim razem.. Musiałam się znieczulić.. Nie czułam nic. Nie wytrzymuje.... Czasem lepiej jest odejść od zmysłów, by nie zwariować...
W schowanej głęboko kurtce dziś odnalazłam żyletke...Ostrze, które dawało zapomnieć..
Dziś Zosia próbowała wytłumaczyć mi, że jednak Bóg istnieje... ale jak w to uwierzyć, skoro zabiera mi po kolei wszystkich dla mnie najważniejszych? Tate, który był dla mnie autorytetem do czynienia dobra, być dobrym.. Krysię, Synka i mojego kochanego R... Miłość mojego życia, który dawał mi sens, tylko On mnie tu trzymał po stracie Tusi... żyłam dla Niego. Ale odebrał mi wszystkie szczęścia w życiu jakie posiadałam.. tak bezczelnie zadał ból wprost w nieistniejące już serce. Odbiera mi też drugą Babcie.. ma raka. Umiera po cichu nie skarżąc się na ból. Za wiele się dzieję, nie chcę tego przyjąć do wiadomości. Wolę się śmiać... śmiać po ukochanym piwie z wyciągu z konopi. Wiem, że to bez sensu. ale nic nie poradzę, że boli jak skurwysyn, że pragnę uciec od rzeczywistości. To nie jest upijanie się. Nie jest. Nie wpieprzę się w to kolejny raz.. ale cannabia daje wolność, uśmiech na twarzy, którego zawsze udaję. Którego nigdy nie miałam prawdziwego..Potrzebuję tego. Przynajmniej teraz, kiedy jest nie do zniesienia... Kiedy pragnę zrobić cokolwiek by przestać to wszystko czuć tak mocno i głęboko. Jeśli będzie lżej, przestanę... ale to tylko piwo, tylko jedno piwo...
Zosia powiedziała mi o modlitwie o uzdrowienie.. Jest jakoś w kwietniu. Muszę iść, muszę w to uwierzyć. Nie mogę myśleć, że nienawidzę Boga... nie czuję jego obecności, nie chroni mnie. Wręcz przeciwnie pokazuje jak mocno ma mnie w dupie. Muszę to jakoś ogarnąć, choć nie wiem jak.. Siebie muszę ogarniać za każdym razem. A kawałek lśniącego metalu wciąż jest w kieszeni... Korci mnie...
Znów umówiłam się z ... a on wychujał mnie z kasą. Nie jestem w stanie myśleć trzeźwo... Kurwa spójrz jak się stoczyłam.. Robię z siebie dziwkę... Mam coraz większą chcicę.. Boję się, że się z nim prześpie, że upiję się cannabią, będę się śmiać jak wczoraj, nie ogarniać i zrobie to.. Jestem szmatą, niepotrzebnie próbuje wybić te myśli ze swojego wnętrza... Nic na to nie poradzę, kurwa nic. Nie zmienie przeszłości, któr sprawia, że robię to co robię... Wybacz.

Jeżeli się poddam wiem, że będę znów krwawić...

Nie potrafię ukryć pustki, która trwa we mnie...nigdy nie przypuszczałam, że będzie znów tak chłodno... Jednak znów to czuję..Zrobiłam za mało, by powiedzieć, że znów nie myślę...Nie potrafię tego zapomnieć.. Nie uwolnię się, dopóki nie pozwolę temu odejść, wyprzeć z pamięci... Jednak w głębi duszy wiem, że nigdy nie będzie już jak dawniej...Znów przechodzą mnie myśli, że wszystko jest lepsze niż bycie w trzeźwości... Zawsze się zastanawiałam co jest ze mną nietak, ale nigdy nie znalazłam odpowiedzi...
Czy możesz więc ugasić ten pożar co rodzi się we mnie każdego dnia i każdej nocy? Czy jestem tak mało znacząca, że nic nie zrobiłaś? że nie zauważyłaś łez, które spływały gdy Ciebie nie było? Czy nie widzisz tego bólu, który noszę w sobie od tylu lat..? Setki razy próbowałam znieczulić ten ból, który jest wciąż we mnie... ale teraz widzę, że jest go dużo więcej... Jest dużo gorzej... Leżę skulona, próbując złapać choć jeden głęboki oddech... Błagam o odrobinę litości... Jednak ta nie przychodzi, nie ma już powietrza dla mojej duszy... Krwawię w ciemności, krzyczę w ciszy błagając o przywrócenie mnie do życia... ale wciąż jest to samo, wciąż tylko się męczę... Nigdy nie sądziłam, że będę znów czuła się tak samo... że wszystko w jednej sekundzie straci dla mnie jakikolwiek sens...
Czy jestem zbyt zagubiona, by być ocalona? Czuję się wciąż taka mała.. Taka.. beznadziejna... Jestem wciąż strachliwa... Jestem wciąż tą, która pozwoliła się zniszczyć..Umieram każdego dnia.. Wspomnienia zabijają wszystko co pozostało z mojego życia...Modlę się, by przestało tak boleć... Lecz moje modliwy nie będą wysłuchane... Pozwoliłam im odejść... Pozwoliłam zabić siebie samą... Te rany są zbyt głębokie, by kiedkolwiek się zabliźniły... Pozostaje tylko przyzwyczaić się do tego bólu, którego z każdym dniem jest coraz więcej...
 Czy potrafiłbyś mi wybaczyć to co robiłam, by przestało tak boleć? Zwróć mi niewinność.. Zwróć dawną mnie... dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego pozwoliłeś mi poczuć ten strach, wstyd, nienawiść, obrzydzenie.. bezsenność...koszmary, które wciąż nawiedzają mnie we śnie? Dlaczego pozwoliłeś zabrać mi kolejną osobę, która była mi bliska, która nazywała mnie swoim "Aniołkiem"? Dlaczego poraz kolejny nie pozwoliłeś się pożegnać? Dlaczego wszystko robisz tak, by mnie bardziej bolało? Co Ci zrobiłam? W czymś zawiodłam? W czymś zawiniłam? Dlaczego zabrałeś mi Tatusia i Krysie? Przez Ciebie wszystko znów jest tak bez sensu, że kolejny raz pomyślałam, że lepiej by było...
Teraz dałabym wszystko, by zniszczyć te słowa skierowane do Ciebie Krysiu... ale już jest za późno.. Wiesz..Jestem tak bardzo zmęczona trwaniem tu...Te rany zdają się nie goić...ten ból jest zbyt prawdziwy...Jest tego zbyt wiele, czego czas nie może wymazać... a ja nie potrafię z tym żyć...
Teraz pozostało mi tylko, by wmówić sobie, że wyjechałaś... Jeśli wytrzymam... ale jak wytrzymać skoro łzy kumulują się mocniej w każdej sekundzie życia i przypominają o przeszłości, której się nigdy nie zapomni...?
Czuję się jak za szybą... Ja sama - oni wszyscy za nią...Dlaczego wciąż jestem tu...,żeby znów spróbować?

Czy zawsze kiedy spojrzę Wam w oczy dojrzycie tą prawdę, którą chcę za wszelką cenę ukryć? Czy nigdy nie uwolnię się od tych myśli? Widziałam okropieństwa, którym nie potrafiłam zapomnieć... Nie potrafię sobie tego wybaczyć.. Wszystko działo się na moich oczach, umierali na moich oczach.. Ja umieram w środku.. i nie zapobiegłam żadnemu z tych przypadków.. Czy kiedykolwiek, to wszystko naprawię swoją złudną obecnością..? Nigdy nie potrafiłam docenić, że miałam wszystko.. Teraz nie mam nic i co mi pozostało? Już nigdy nie będziemy razem.. Nigdy nie będę umiała być sobą, bo już mnie praktycznie nie ma od dawna.. Muszę wytrzymać tu, aż do końca... Muszę wytrzymać, a jestem tak złamana w środku...

czwartek, 15 marca 2012

Gdybyście żyli, byłoby zupełnie inaczej. [*]

Jestem zmęczona życiem.. Naprawdę jestem zmęczona życiem w trzeźwości... Każdy kolejny dzień na nowo sprawia tak cholerny ból...Nie mam siły już błagać o litość.. o kolejny trzeźwy dzień. Nie chcę trzeźwości.. Trzeźwość boli. Zbyt mocno boli... Cholernie boli przeszłość. Cholernie boli dziś. I wiem jak cholernie będzie bolało jutro.. Pragnę się znieczulić.. Mam gdzieś schowaną żyletkę... Umoczyłam wczoraj usta w winie.. ale odstawiłam, bo wiem, że gdybym się napiła wypiłabym całą butelkę... Nie umiem sobie odmówić.. Nie w tym momencie... a trzeźwość zabija resztki dobroci, rozumu a poczucie winy na nowo zżera mnie od środka... Nie wiem więc co wybrać.. Jak żyć, jak sobie wybaczyć wszystkie błędy... Jak sobie wybaczyć to, że stałam się zła na własne życzenie... - myśląc "źli mają lepiej".. Jak sobie wybaczyć, że nie pożegnałam się z Tatą choć wiedziałam kiedy umrze... Jak wybaczyć sobie, że zwątpiłam w Boga, który dawał mi znaki, że zaraz Go zabierze.. Jak wybaczyć sobie, że zostałam wrakiem człowieka, który nie potrafi nic zrobić, nie potrafi żyć.. Jak wybaczyć sobie, że "na własne życzenie" ktoś odebrał mi siebie... i jak wybaczyć sobie to, że Jej nie ma. że się z Nią nie pożegnałam, że nie przytuliłam.. Boże wybacz... Tak bardzo bym chciała być na Jej miejscu... I dlaczego jeśli chciałeś Ją zabrać nie pokazałeś mi tego wcześniej tak jak to było z Tatą?!

Błagam Cie daj mi siłę, by się nie poddać, nie złamać, nie upaść znów tak nisko...

"z Tatą się spotkasz napewno, ale musisz się postarać i na to zasłużyć.. (...) Z tego co wiem, On chce dla Ciebie dobrze, a nie źle."
"(...) On Ci tego nie zrobił. On postawił Ci te sytuacje i tych ludzi po to żebyś stała się dobrym człowiekiem."

Pamiętaj, nie jestem Aniołem.. Już nie jestem...

wtorek, 13 marca 2012

Krysia jest Aniołkiem....

Po raz kolejny świat przestał istnieć... Nie potrafię zebrać myśli, wszystko w okół jest takie beznadziejne... Otwieram oczy i po prostu nie mam siły wstać. Otwieram oczy i nie widze sensu.. Po raz kolejny chcę przestać istnieć. Znów upragniony sen, jest wszystkim co mogę zrobić, by przestać o tym myśleć... Boję się, że któregoś dnia poddam się i nieważne będzie to, że tyle wytrzymałam.. Nie chcę tego gówna, ale życie na nowo straciło sens zupełnie jak cztery lata temu... Nie chcę się poddać, naprawdę.. ale chęć zapomnienia znów staje się wszystkim czego pragnę..
Krysia nie żyje... Umarła. Odeszła, zostawiła mnie... Nie ma Jej już. Przeraża mnie fakt, że już nigdy więcej Jej nie zobacze, że nie przytule... że nie powiem Jej, że Ją kochałam mimo, że była czasem nieznośna... że będę patrzeć na pusty pokój, puste łóżko.. Historia lubi się powtarzać.. Znów nienawidzę mieszkania, w którym kiedyś lubiłam bywać... Znów całymi dniami nie ma mnie w domu. Znów robię wszystko, by nie myśleć i nie pamiętać... Nawet nie zdążyłam się z Nią pożegnać.. Zupełnie jak z Tusią. Czuję zupełną pustkę, żal i nienawiść do tych co pozwolili Jej umrzeć... Tak po prostu.. Nie mam już na to siły.
Jutro jest pogrzeb. Nie wiem czy wytrzymam...  Niezbyt dociera do mnie ten fakt... Boże błagam, nie pozwól mi się złamać bo wiem, że jestem na skraju, by znów wziąć, upić się, pociąć... Daj mi tą siłę, pozwól przestać czuć ten ból jaki teraz jest we mnie....

wtorek, 6 marca 2012

Moje całe życie w kilku słowach..

Kiedy byłam mała, nie wiedziałam ile może znieść człowiek..
Od kiedy pamiętam (więc od mniej więcej ósmego roku życia)  moja "siostra" wyzywała mnie od najgorszych, a ja nie potrafiłam jej odpowiedzieć.. Kiey poszłam do pierwszej klasy podstawówki matka pomagała jej pierwszej w lekcjach, a ja zazwyczaj zaczynałam robić te lekcje w czasie dobranocki, kończyłam między 21-22, kiedy moja "siostra" już dawno sobie smacznie spała. ale najgorsze było dla mnie to, że ona do tej pory nie wie, że moja "siostra" zmarnowała mi osiem lat mojego życia... przez te wciąż w kółko powtarzane dzień w dzień słowa, które rozrywały moje dobre serce na małe kawałki.. W szkole nigdy nie miałam łatwo, zawsze byłam sama, nikt nie widział mojej dobroci, wielokrotnie w podstawówce w czasie zimy byłam "nacierana" na twarz śniegiem, wyśmiewana, wielokrotnie zamykali mnie w męskiej łazience i nie chcieli wypuścić. W gimnazjum też było ciężko, ludzie też nie dawali mi spokoju przez dwa lata gimnazjum, w trzeciej klasie jakoś dali mi spokój, a moja "siostra" wciąż wyzywała mnie od najgorszych, mówiła, że lepiej jakbym się zabiła.. I to mnie zawsze obrywało się, kiedy ona przeklneła, czy wydarła ryj. To ja według matki była tą złą, choć zawsze byłam dobra, mówiłam; proszę, dziękuję, przepraszam.. Moja "siostra" natomiast miała wszystko od małego, w naszym pokoju miała biurko od pierwszek klasy podstawówki do końca trzeciej gimnazjum, ja miałam w pokoju rodziców.. Zawsze mówiłam matce, że też chcę mieć u mnie w pokoju biurko, ale matka zawsze to ignorowała.. Moja "siostra" zawsze była egoistką, zawsze rozkazywała matce, a ona robiła to co jej kazała, a i tak to mnie się najbardziej obrywało. W trzeciej gimnazjum nie miałam siły już znieść tego jak traktuje mnie moja siostra.. zaczełam myśleć, że lepiej będzie beze mnie, że mojej matce będzie lżej kiedy ja zniknę. Wtedy zaczełam się ciąć, ale najgorsze dopiero przyszło rok później kiedy poszłam do liceum. Wciąż bałam się ludzi, myślałam, że mnie ocenią, że zniszczą moje dobro do końca.. Wtedy mój ukochany Tatuś odszedł do Aniołków... Zaczełam obwiniać się o Jego śmierć, sądziłam że to przeze mnie, bo to ja - jak On jeszcze żył pomyślałam, żeby zniknąć. Wylądowałam wtedy w szpitalu, potem na sobieskiego i to tam nauczyli mnie walczyć o swoje i wyrażać swoje zdanie, nie bać się słów. pokazali mi, że ja jestem jednak czegoś warta, że jestem wartościowa, że ja też zasługuje na szczęście.  Nie byłam już tą cichą myszką, która boi się nawet iść do sklepu czy do kiosku po gazetę.. Przestałam przejmować się opinią innych ludzi. Oni byli źli, ja też chciałam stać się jak oni. Egositką, która ma wszystkich w dupie.. Chciałam siebie stawiać na pierwszym miejscu, ale bardzo trudno było mi to dokonać, bo wciąż niestety byłam dobra.. Wtedy też nie zdałam. Poszłam do innej szkoły, poznałam nowych, bardzo wartościowych, artystycznych ludzi, osoby, które patrzyły na moje wnętrze, nie na wygląd. W końcu zaczełam mieć przyjaciół, znajomych.. Przestałam być odlutkiem, przestałam bać się ludzi. Jednak to co stało się później dobija mnie do dzisiaj. Byłam molestowana przez nauczyciela z korepetycji.. Myślałam, że o tym zapomnę, ale nie potrafiłam. Nie umiałam zasnąć przez rok. Zaczełam się staczać, by tylko nie myśleć, że to moja wina, że jestem szmatą.. Zaczeło się w lutym 2010 roku, kiedy nie umiałam zapomnieć w trzeźwości. Zapaliłam pierwszy raz zielone... nie wiedziałam co to jest, jak to się pali, ile kosztuje... Pamiętam ten stan, kiedy zasnełam pierwszy raz, kiedy w końcu nic mi się nie śniło... Pomyślałam, że to jest właśnie to. Jednak nie miałam pieniędzy. Dowiedziałam się wtedy od mojej "siostry" o acodinie.. Zaczełam go brać, ale raz na jakiś czas, kiedy nie potrafiłam znieść myśli w mojej głowie.. Potem chciałam to rzucić, ale już byłam uzależniona, więc nic wciąż z tego nie wychodziło. Chciałam zastąpić acodin czymś innym i zaczełam pić.. Piłam wino do nieprzytomności, ale i tak czasem zdarzyło się wziąć acodin.. Czasem paliłam zioło. Nawet któregoś dnia stwierdziłam, że się uzależniłam. Całe ferie w lutym 2011 paliłam tylko po to, że się śmiać prawdziwym uśmiechem i tylko po to żeby zasnąć.. Jednak przez te eksperymenty zaczeło mnie wszystko boleć.  Nie chciałam myśleć, ale nie chciałam też by mnie bolało... Postanowiłam rzucić acodin, ale złamałam się siedem razy. Ten ostatni raz był 1 sierpnia.. Teraz jestem czysta. Teraz nie piję nie palę, nie biorę.. Żyję w trzeźwości. Jestem wciaż dobra, ale tylko dla tych którzy na to zasługują, nie dla wszystkich, którzy zniszczyli moje dobro.. Jestem szczęśliwa trzeźwa i tylko to się liczy.. Muszę zabrać się teraz za testy maturalne, chcę zdać maturę pójść na studia.. Być trzeźwa i szczęśliwa. Przestać udawać uśmiech..

niedziela, 4 marca 2012

Trzeba się ogarnąć, zacząć żyć!

W końcu trzeba się kiedyś ogarnąć. Muszę zacząć uczyć się w końcu do matury, choć wiem, że senność w ciągu dnia przez te tabletki zabije resztki chęci na nie zmarnowanie tej szansy..
Jest terapia, są tabletki nasenne, nie ma rzeczy, które niszczyły mnie od środka.. Nie ma nawet piwa..
Wczoraj spotkałam się z Z. Zawsze kiedy widzę się z nią jest pod wpływem alkoholu, acodinu, zioła czy amfy.. Wczoraj poszłyśmy na strych do osoby którą ona zna, i oczywiście piła piwo z Andrzejem, a ja siedziałam i paliłam sobie szlugi.. :) Już mnie nie boli odmówienie tego, co kiedyś było bezcenne by zapomnieć.. żyję, jestem, oddycham. w trzeźwości.. i chyba to jest najważniejsze. Wracając do Z. na strych przyszła osoba,która ich zna i powiedziała, że mamy wejsć do jej mieszkania..Gadała chyba z nią długo bardzo, ale te wszystkie jej słowa oddawały to co ja czuję.. Potem przyjechali po Z. rodzice i mieli do mnie i do Andrzeja pretensje, że nie upilnowaliśmy Zosi, że znów się napiła.. A co mieliśmy zrobić? Powiedzieć: "Sorry Zosia, nie będziesz dziś pić?" i wyrzucić jej to piwo? - poszłaby i kupiłaby sobie kolejne.. Z resztą wcześniej już piła, zanim się z nią spotkałam..
Ja wiem, jak ciężko jest się ogarnąć, jak ciężko jest odstawić to wszystko, żyć w trzeźwości, w rzeczywistości, która najbardziej boli... z tymi wspomnieniami, które nie dają Ci żyć, zżerają wciąż Twoją straconą duszę.. ale wiesz, można się do tego przyzwyczaić. Dać sobie szasnę, powiedzieć sobie głośno "nie wezmę" i trzymać się tego kurczowo.. Ja wiem, jakie to trudne.. Sama próbowałam wyjść z brania acodinu bardzo długi czas i za każdym razem kończyło się to wzięciem kolejnej garści by przestać myśleć i pamiętać, by przestać to wszystko czuć, poczuć się wolną! Chciałam tego, bo tylko w ten sposób przestawałam myśleć, tylko w ten sposób czułam się szczęśliwa... Nikt nie zrozumie tego, dopóki sam nie zobaczy jak trudno jest odmówić sobie tego co dawało Ci wolność...
Biorę tą tabletkę nasenu, bo pół mi już nie działa, a wczoraj Boża do mnie mówi: "co Ty masz tak naćpane gały?" :p a mi się kręciło jak zwykle, choć przecież to tylko tabletka nasenna... Nie wiem, chyba już mam zepsuty organizm od środka.. I to przez co? Przez to, że chciałam tylko przestać myśleć?! Tylko zapomnieć.. Zapomnieć chociaż na chwilę... jak to myślałam kiedy nie potrafiłam wytrzymać..

Potrzeba tylko siły. Tylko siły i silnej woli.. a ja jestem silna. Silniejsza niż mogłoby mi się wydawać..