"Każdego ranka dostajemy szansę na nowe życie.
Pomimo chmur - Walcz.
Bo życie nie kończy się na kłopotach,
A słońce świeci ponad nimi..."

piątek, 26 listopada 2021

Bagno

 Od długiego już czasu jest coraz bardziej chujowo. Stoję na bagnach, a one mnie pożerają, mimo wielkiego wysiłku nie umiem się wydostać z tego syfu. Mam mocne lęki i bez tabletki nie zasne, a nawet z tabletka jest o to bardzo trudno.. 

Powiedziałam na terapii, cholera tajemnice której miała się nie dowiedzieć, naiwnie myśląc ze wyleczy mnie z bólu, wstydu ze zrobi coś, żebym sobie wybaczyła.. Tyle lat trzymałam zakopana ta część gdzieś głęboko byleby nie wylazła i nie zabrudziła mojego chujowego istnienia swoją parszywa gruba spocona morda... Nie wiem czy powinnam aż tak się otwierać w tak krótkim czasie gdzie kurwa przez 12 lat ten syf nie był tknięty, napomknęłam tylko tyle ze była kiedyś jakas tam sytuacja E.. Ale to nie zmieniło kompletnie nic. Zepchnelam ten syf gdzies głęboko gdzie nie dociera światło i Masakrycznie boję się go tknąć, boję się ze nie zniosę drugi raz tego bólu,co wtedy.. Pamiętam tylko uczucie gdzie czułam  ze to wszystko nie dzieje się mnie. Zresztą to było tak dawno, po co do tego wracać... I to jest ta druga rzecz, której nie umiem wybaczyć Bożenie... Bo być może teraz byłabym zupełnie inna, nie bałabym się tak.. Aż tak, bo ja w zasadzie odkąd pamiętam bałam się wszystkiego.. Byłam wtedy świeżo po terapii na sobieskiego, czułam się pewniejsza, umiałam już powiedzieć spierdalaj mojej siostrze, uczyłam się nie udawać uśmiechu... A on wszystko spieprzył... Całe istnienie bałam się fagasów, od zawsze miałam przeczucie, ze oni tylko potrafią jedno, krzywdzić nas do granic możliwości, przekraczać granicę naszej wolności, bo uważają ze mogą wszystko bo mają siłę fizyczna...

Tak, boję się ich. Nie umiem nawiązać jakichkolwiek relacji z jakimkolwiek fagasem. Czy tych normalnych czy nie... W ogóle... Nienawiść krąży w żyłach od tak wielu lat.. Te 12 lat temu zaczęłam dostrzegać jak wielu rzeczy nie widziałam, przechodząc koło tego czym mianem mężczyzn się nie da nazwać i to jak się zachowuja, nie obrażając kurwa zwierząt, sto razy gorzej, jak nie więcej. Nie wiem, ale od zawsze miałam wrażenie, ze coś kiedyś.. Zawsze się ich panicznie bałam... Od zawsze... I nigdy nie rozumiałam dlaczego, nie rozumiem nadal. Wiem tylko że przez nich zawsze wpadałam w paniczny lęk, nigdy nie było, ze bym się ich nie bała czy mając 5-10-15 czy 30 lat. 

 Nie chcę myśleć o tej parszywej mordzie bo chce mi się rzygać i znowu lzy chcą lecieć po policzkach, bo nie mogłam się ruszyć, nie mogłam oddychac, nie moglam nic zrobić.... 

Kurwa, ale mam schizy,boję się że to o czym chce tak bardzo zapomnieć, znowu będzie niszczyć mnie od środka...

 Że to co powiedziałam zniszczyło wszystkie wyobrażenia o mnie, bo przecież nie oszukujmy się na pierwszy rzut oka widać ze jestem pojebana i ze juz dawno powinno mnie tu nie być. Teraz kiedy znowu w głowie mam te irracjonalne myśli ze jestem szmata..jak przez tamte lata... I jeszcze to, że moja Terapeutka tak właśnie o mnie myśli lamie mnie od środka mocniej.... Choć tak naprawdę wiem, ze to są moje urojenia nie umiem się tego pozbyc... Bo przez tamte wszystkie lata kurwa ja naprawdę wierzyłam w to, ze to ja jestem wszystkiemu winna. Ze go sprowokowałam, dalam mu kurwa przyzwolenie, ze nie powiedziałam głośno zeby mnie kurwa puścił jednocześnie kurwa nie mogąc złapać oddechu pod jego 200 kg ciężarem . Tak panicznie bałam się ze posunie się dalej, a mimo to wracałam bojąc się reakcji matki, bojąc się jego, bojąc się tego co może się stać za tymi cholernymi drzwiami.. Po czasie doszłam do wniosku ze wolałabym znowu nie zdać niż dawać się tak jak dziwka... I nie miałam wtedy pojęcia jak mocno te sytuację wpłyną na moją psychikę, jak bardzo cofnę się w rozwoju w terapii nie wspominając o tym jak mocno bałam się zasnąć, jak mocno bolała świadomość tego ze nie mogę nikomu powiedzieć bo jak to powiedział - skrzywdzi mnie bardziej i jak bardzo widziałam w słowach matki to, ze mi nie wierzyła kiedy zaczynałam poruszać temat A. Nie wspomnę jak bardzo napierdalała swiadomosc tego, ze ktoś tak samo jak ja umiera w tych katuszach. Dalej napierdala. Po tylu latach... 

Nigdy tego nie przepracowałam, te sytuacje tak bardzo niszczą mi psychikę od lat... A słowa "przecież to nie jest Twoja wina", "nie masz się o co obwiniać" nie dają żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie sprawiają, że czuję się jeszcze bardziej winna.. Bo przecież miałam tak wiele opcji, zeby kurwa do tego nie doszło, ale tak cholernie mocno bałam się jej cokolwiek powiedzieć, bo wiedziałam, ze nie uwierzy....

Nie wiem czy chce otwierać akurat TĄ RANĘ..



Uważam,ze tylko L był normalny, bo tak cholernie przypominał mi Tate... Kiedyś. Bo mam w głowie wciąż jego zachowanie sprzed 7-8 lat, gdzie ja się bałam przy nim przekląć bo bałam się, ze jego to urazi, że czymś go zranię, a przecież nie można zranić takiego Anioła... Bo przecież Aniołem był. Tak bardzo podobnym do Taty... Teraz to w ogóle inny człowiek, jedyne co umie to ponizac, niszczyć, wyzywać, ranić i przeklinać i nie mam pojęcia czym nadal kurwa tak bardzo mnie przyciąga.... 

sobota, 6 listopada 2021

Gdzie jest granica bólu?

 Gdzie jest granica bólu? Ile można znieść? Dlaczego wciąż czuje ten okropny ból psychiczny, który niszczy, poniża, zabiera, potęguje lęk i strach, kumuluje łzy, których kurwa już nawet nie umiem zatrzymać... Kiedyś chociaż umiałam perfekcyjnie zakładać na siebie tysiące masek i nikt nie zauważył jak bardzo kurwa pragnę śmierci, nicości, przestać czuć, oddychac, pamiętać, obwiniać...

A teraz? Siedzę ryczę, ide ryczę, jadę komunikacja ryczę... Leżę ryczę... Nie mogę znieść tego bólu, a w tym momencie ból fizyczny wydaje się najlepszym rozwiązaniem, oprócz ostateczności, której pragnę od tak wielu lat... Ale przecież jestem tak kurwa zalosna że nawet nie umiem się zabić. Nie mam odwagi... Tak bardzo żałuję że nie posunęłam się do tego w 2010 roku bo wtedy chociaż ta odwagę miałam i mogłam wziąć te tabletki, mogłabym już nie istnieć... Nie męczyć się tak cholernie bardzo... I chuj jeśli ktoś uważa to za tchórzostwo, nie pomyśli że kogoś tak bardzo boli, że jedynym wyjściem jest właśnie ten krok? Dlatego nienawidzę ludzi, umieją tylko oceniać, kopać leżącego, ponizac, wysmiewac, krzywdzić do granic możliwości...Nie mając żadnych skrupułów.. 

Zabij ten ból.. Bo rozdziera mi wnętrze swoim mocnym, metalowym ostrzem... 

piątek, 5 listopada 2021

Ale jak..

 Tak bardzo chciałabym wiele powiedzieć, a nie umiem.. Umiem tylko jedynie jak zwykle  jak bardzo nie mam siły istnieć, jak bardzo boli mnie ta egzystencja. A przecież jest tak wiele rzeczy tak wiele ran zadanych przez nich, które gdzieś wciąż są otwarte, czasem aż za bardzo... Chciałabym móc uwolnić duszę z tego piekła.. A ja milczę... I milczę... 

Bo gdybym zdechła byłby Święty spokój, przestałabym w końcu czuć ten psychiczny ból rozdzierajacy mnie od środka, który nie pozwala znowu żeby chociaż na chwilę odetchnąć...

Tak bardzo chciałabym żebyś tu był. Bo ile można żyć bez oddechu? Twoja obecność dawała mi siłę do walki, dawała chęć, nadzieję.. Zawsze wszystko było szare, ale odkąd Ciebie nie ma jest ewidentnie tylko czarne... Tak bardzo chciałam się z Tobą pożegnać. Wiedziałam kiedy odejdziesz, a mimo to spieprzyłam. Nie umiałam jej powiedzieć, że tego dnia Ciebie zabraknie. I zabrakło. I wyrwano mi wtedy duszę, moje serce rozsypało się na kawałki, nic już nie miało sensu, tak totalnie żadnego. I nigdy mieć nie będzie. Zawiodłam Cię.. Wiem o tym. Gdziekolwiek jesteś widzisz mnie wciąż Masakrycznie słabą.

Zawsze mówiłeś że mądrzejsi nie oddają, że to słabsi krzywdzą innych. I tak latami dawałam się wszystkim ponizac, zresztą nawet nie umiałam im powiedzieć że mają przestać.. Latami niszczyły mnie te wszystkie słowa i czyny.. kierowane w moja stronę, a ja tak bardzo się bałam.. Tak mocno starałam ukryć ten lęk przed nimi.. I tak bardzo bardzo mocno chciałam odejść przed Tobą naiwnie myśląc że kiedy mnie nie będzie Ty zostaniesz. Jakie to żałosne myślenie jest. Ależ jestem zalosna. Mam ochotę się pociąć, poczuć tą ulgę, byleby nie czuć tego bólu... I lęku... Po tylu latach ja nadal nie umiem pisać o tym że Ciebie tu nie ma..

Tyle lat w strachu. Tyle lat w ciągłej klatce.. I znów jestem na tej krawędzi, bo nic znowu nie potrafię.... I tylko żałosne łzy lecą jak popierdolone od nie wiadomo jakiego czasu.. A ja nawet nie umiem powiedzieć kurwa nic.... Tylko tyle że nie chce już tu być... Że to mnie przerasta...

A ja tak bardzo chciałabym coś zrobić ze sobą... Tak bardzo mocno.. Ale jak.. 

poniedziałek, 1 listopada 2021

Lęk

 Czuje w sobie lęk każdego dnia. Zbierał się długo, z każdą mijającą chwilą było go coraz więcej, aż pokazał mi jak bardzo znowu jestem słaba, że nie umiem go pokonać. Łzy lecą godzinami, a ja usiłuje na darmo je zatrzymać. Nie wiem co się dzieje, dlaczego tak jest i dlaczego  znowu lecę w dół... Nie wiem czy  kiedykolwiek uda mi się wyjść znowu  chociaż na powierzchnię z tego gówna. 

Wszystko jest takie ciemne i wiem, że jest tu coś nie tak, ale nie mogę zapalić światła...

 Chciałam żeby coś ukoilo ten ból, który we mnie siedzi, ale nic nie zmyło tego uczucia strachu, paniki, lęku.. I łez. Tego pragnienia śmierci. Nie mogę znieść tego wszystkiego od lat.... Dlaczego kazałeś mi się tak męczyć? Czy jeśli nie dam rady, zmieni to coś? 

Ostatnio dużo mocniej doskwiera mi Twoja nieobecność.. Nie masz pojęcia ile bym oddała żeby być już tam z Tobą...